[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Hapgood? Właśnie. O niego mi chodziło. To nazwisko obiło mi się o uszy. Ma może pani
jego adres?
Cierpliwość Clary Mayhew już się jednak wyczerpała. Nie, nie ma adresu. Wie tylko, że
mieszkał w Suffolk, wtedy. Niestety, jest bardzo zajęta, nie ma już więcej czasu, więc gdyby wybaczył
i...
Glyn wybacza. Z wdzięcznością. Ben Hapgood. Wszystko jasne.
Dlaczego Kath zdecydowała się wyjść za niego?
R
L
T
Wyszła za niego, ponieważ dostrzegła w nim charyzmę i czarującego mężczyznę, ponieważ ja-
sno dał do zrozumienia, że zależy mu na niej ponad wszystko. Wyszła za niego, bo mógł zapewnić jej
inne życie, bo nie był taki jak inni, bo kipiał energią. Seks?
Oczywiście.
Byłeś przystojnym facetem.
Byłem. Kath była kobietą nieprzeciętnie atrakcyjną. Za mną też kobiety wodziły oczami. Ktoś
kiedyś powiedział, że w tych sprawach jest zawsze zachowana pewna symetria.
Wszystko jedno. Co wszystko jedno?
Nie byłeś pierwszy, daleko ci do tego. Dlaczego więc ty? Właśnie, dlaczego?
Wyszła za niego, bo upierał się, że powinna za niego wyjść.
Clara Mayhew podrzuciła mu nowe nazwisko. Ben Hapgood. Leżakuje tam, fermentuje. A Glyn
rozpracowuje je zawzięcie. Sprawdza książki telefoniczne i spisy mieszkańców, przegląda strony in-
ternetowe, śledzi miejscowe wykazy artystów. Nie mija wiele czasu i odnajduje człowieka o takim
imieniu i nazwisku. Mieszka w Suffolk. Niestety, Glyna czeka długa podróż, ale cóż to znaczy dla
człowieka wypełniającego ważną misję?
Leżakowanie przynosi efekty. Coś więcej wykluło się z ciemnych zakamarków jego pamięci 
zapomniana chwila, kiedy Kath siedzi na czerwonym leżaku na werandzie. Ubrana w jakieś skąpe, let-
nie fatałaszki, na nosie ma okulary słoneczne, odchyla głowę i wystawia twarz ku słońcu. Mówi.  Ben
Hapgood. Taki znakomity malarz. Niedawno przyznali mu jakąś bardzo ważną nagrodę, wiesz? Tak
się cieszę... Czy ty mnie słuchasz?" Cała reszta tonie w ostatnim pytaniu.  Czy ty mnie słuchasz?"
Widzi skierowane na niego ciemne okulary i wymuszony uśmiech. Co robił? Czytał? Siedział nad
czymś zamyślony? Mówił coś? Na pewno nie słuchał. Nie. Ale teraz słucha. Teraz wytęża słuch. Bar-
dzo.
Słucha każdego dnia, ale nic więcej nie słyszy. Kath umilkła. Glyn nadal się wsłuchuje, w cza-
sie jazdy do Suffolk, gdy pokonuje trasę wedle drogowej hierarchii, począwszy od autostrady, poprzez
dwupasmówki, po boczne szosy i wiejskie drogi, które wytrwale wynajdywał na mapie. Ben Hapgood
się go nie spodziewa. Oczekuje kogoś, kto jest zainteresowany malarstwem i jego pracami, kto przy-
padkiem przejeżdża przez Suffolk i pomyślał sobie, że może mógłby... Kogoś, kto się nawet nie przed-
stawił, bo kiedy Hapgood zapytał o godność, coś przerwało połączenie, co za pech. Doprawdy.
Ben Hapgood nie będzie mógł się przygotować na to spotkanie. Niczego nie będzie podejrze-
wał. Glyn usiłuje go sobie wyobrazić: jak może wyglądać człowiek, który tak bardzo chciał sportreto-
wać Kath, że aż  miał bzika na tym punkcie".
R
L
T
Widzi mężczyznę, który zachwyca się mrocznym obliczem Kath, zupełnie jak on sam  widzi
takiego drugiego Glyna, swoje drugie odbicie, może bardziej louche*, tknięte artystycznym blaskiem.
Widzi go razem z Kath, w pracowni, przy sztaludze. Malowanie portretu zabiera dużo czasu, prawda?
Wymaga niejednego spotkania. Artysta i model pozostają zamknięci w jednym pokoju na długie go-
dziny.
* Louche (fr.)  mętne, niewyrazne.
Czy do tych długich intymnych godzin dochodziło tam, gdzie jedzie? Czy Kath jechała tymi
samymi krętymi drogami? Na to wygląda. Glyn ma przed oczami Kath w jej małym renault, odjeżdża-
jącą sprzed domu nie wiadomo dokąd, niejeden raz. Wyciąga do niego rękę przez opuszczoną szybę,
macha:  Do zobaczenia!..." Glyn czuje rwący ból. Znowu doznaje tego nie znanego mu dotąd uczucia.
Takie obrazy Kath niczemu nie służą, nic mu nie dają, tylko przynoszą ból. %7łyje z nimi. Są fragmen-
tami jego wewnętrznego krajobrazu, po prostu są. To go dekoncentruje i zasiewa w nim niepokój.  Do
zobaczenia!...", ale już go nie zobaczy. Nigdy.
Gwałtownie naciska pedał hamulca. Koniec jazdy. To tu. Tu mieszka Ben Hapgood. Biały do-
mek otoczony płotkiem z prostych palików, po lewej stronie drogi, zaraz po skręcie na rozstajach w
prawo.
Zciślej rzecz ujmując, dwa małe domki połączone w jeden, a do tego jeszcze kilka bezładnie
ustawionych dobudówek. W jednej z nich, jak mniema, znajduje się pracownia. Rusza jeszcze raz i
wolno podjeżdża na skraj trawnika (czy Kath wykonywała ten sam manewr?). Wysiada z samochodu.
Przez chwilę prostuje nogi, zbiera siły po podróży  siły do rozmowy. Gdy robi krok naprzód, sięga
do furtki i podnosi zasuwę, drzwi domu otwierają się szeroko i staje w nich, jak należy sądzić, Ben
Hapgood. Niski, rudy, wesoło uśmiechnięty jegomość. Za jego plecami drepcze kobieta. Oboje wy-
glądają na osoby mocno po pięćdziesiątce.
Powitania.
 Glenda, żona. Mam przyjemność z...? Niestety podczas naszej rozmowy telefonicznej nie
dosłyszałem pana nazwiska.
Oczywiście, że pan nie dosłyszał, myśli Glyn.
 Peters. Glyn Peters.
Obserwuje jego twarz i czeka na reakcję, ale nic nie następuje. Jasne, w końcu to popularne
nazwisko.
Przechodzą do kuchni, urządzonej w wiejskim stylu. Parzy się herbata. Dalszy ciąg luznej roz-
mowy. Z daleka pan jedzie? Błądził pan? Mam nadzieję, że moje wskazówki pomogły panu bezbłędnie
tu trafić. I tak dalej. Uroczy ludzie, miła para, bardzo zwyczajna, wcale nie tknięta artystycznym bla-
R
L
T
skiem.  Kath hołubiła artystów", myśli Glyn. Miała do nich słabość. W niej samej było coś z artystki,
w tym, jaka była, jak się nosiła. Patrzy z uwagą na Bena Hapgooda, który popija herbatę i rozwodzi się
nad warzywnikiem za oknem. Obserwuje też żonę. Zastanawia się, jak długo jest żoną Hapgooda.
Malarz zgaduje głośno, że Glyn chętnie zajrzałby do pracowni. Zaprasza. Glyn przytakuje, tak,
jest bardzo zainteresowany. Cała trójka przechodzi do jednej z dobudówek. Typowa pracownia; zapach
farb olejnych i siemienia lnianego, pędzle, płótna na blejtramach, niektóre wiszą na ścianach, rozgar-
diasz na stole i półkach. Sporych rozmiarów sztaluga z nie ukończonym obrazem. Para starych, drew-
nianych krzeseł i jedno szerokie, wiklinowe z zabrudzoną poduszką. Nie ma szezlongu. Nie ma kana-
py. Nie ma łóżka. W każdym razie nie dzisiaj.
To dobry moment. Glyn będzie musiał wyśpiewać całą prawdę, będzie musiał zdjąć swoje ma-
ski.
Czyni to w całej rozciągłości. Jest czarujący, pojednawczy i smutnawy, trochę może nawet
skruszony. Kiedy dociera do sedna rzeczy, kiedy zaczyna mówić o portrecie, wprost wczepia się wzro-
kiem w Bena Hapgooda, jednocześnie strzelając oczami w kierunku jego żony. Czeka na reakcję. Jest
jej pewien. Dostrzegł już pierwszy odzew przy wypowiedzeniu imienia Kath  odzew, który staje się
coraz bardziej swojski; sympatia, uwielbienie, żal... Glyn zaczyna mieć wątpliwości. Co z tym portre-
tem? Co z tym, ech...
 Ach, tak...  wtrąca Glenda.  Była wdzięcznym tematem. Ben godnie się nią zajął. To
jego najlepszy portret, ale takie jest moje zdanie, on nie jest pewny  śmieje się, kładzie dłoń na ra-
mieniu męża, on uśmiecha się niepewnie, przymilny i posłuszny żonie.
Glyn ich obserwuje; albo odstawiają niezłe przedstawienie, albo ona nie ma zielonego pojęcia o
jego dawnych wyskokach, albo on, Glyn, znowu chybił.
 Przyjechała tutaj?  pyta. [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ocenkijessi.opx.pl
  • Copyright (c) 2009 - A co... - Ren zamyślił się na chwilę - a co jeśli lubię rzodkiewki? | Powered by Wordpress. Fresh News Theme by WooThemes - Premium Wordpress Themes.