[ Pobierz całość w formacie PDF ]

łatwo i cicho. Gdy otwór był wystarczająco szeroki, Marco wyskoczył jak z kata-
pulty.
 Daj mi miecz!  polecił.
Kin odruchowo posłuchała, nim przyszło jej do głowy, że powinna odmówić,
ale było już za pózno.
 Nic lepszego nie było?  syknął Marco, oglądając broń.  Jest tępy jak
pień.
 To się nazywa wdzięczność!  parsknęła wściekła na samą siebie Kin. 
Powinnam cię tu była zostawić!
Marco zważył miecz w dłoni i przyjrzał się z namysłem Kin.
 Mogłaś to zrobić  przyznał.  Dziękuję, że nie zrobiłaś. Taki miecz też
wystarczy. Gdzie zdobyłaś latającego robota?
 Z magazynu czy graciarni na. . .
 Jak się nim steruje?
 Słucha poleceń słownych i. . . hej, złaz!
Marco usadowił się w siodle, ignorując ją zupełnie.
 Znasz drogę do pałacu, czworonożny robocie?  spytał.
 Tak, Panie.
 To jedz tam!
Przez chwilę stukotały kopyta, po czym koń wraz z jezdzcem stali się maleją-
cym kształtem na niebie. Kin poczekała, aż znikną, i zajrzała do klatki.
 Silver?  spytała cicho.
Jasny, kudłaty kształt poruszył się w rogu.
128
 Chodz, nie mamy na co czekać. Jak się czujesz?
Silver siadła.
 Gdzie kung?  spytała niewyraznie.
 Poleciał zarżnąć gospodarza.
 A my gdzie się udajemy?  Silver wstała.
 Za nim, chyba że masz lepszy pomysł.
 Nie mam. Poza tym wszyscy będą zbyt zajęci, żeby zwrócić na nas uwagę
 oceniła Silver.  W tej klatce są jednorożce, a w tamtej syreny. %7ływią się
rybami.
 Abu to urodzony zbieracz, żeby go pokręciło  mruknęła Kin, ruszając
żwawo w stronę pałacu.
Po drodze minęły białą kopułę wielkości małej świątyni, która z bliska oka-
zała się jajem. A raczej jego większością, bo około jednej trzeciej zakopane było
w piasku. W jednym miejscu w jaju była niewielka dziura.
 Ptasie?  zainteresowała się Silver.
 A skąd mam wiedzieć? Ale okruszków bym mu nie sypała. O, tam jest
drugie. . . No, niezupełnie. . .
To, co w pierwszej chwili wzięła za jajo, było wrakiem lądownika należącego
do wyposażenia sondy Terminus. W rzeczywistości wyglądał na mniejszy niż na
zdjęciach. Kadłub znaczyły trzy głębokie bruzdy, jakby coś próbowało go złapać
w locie, przywodząc na myśl ślady szponów. . . Cóż, w końcu coś musiało znieść
to jajeczko, które minęły.
Wnętrze lądownika było jedną wielką ruiną.
 Teraz przynajmniej wiemy, gdzie wylądował Jalo  odezwała się Silver,
wyrywając Kin z kontemplacji śladów pazurów.
 Nie zazdroszczę mu  oznajmiła Kin.  Infra to entuzjasta: niczego nie
wyrzuci i nikogo nie wypuści dobrowolnie.
Za ich plecami rozległ się tupot. Odwróciły się pospiesznie i zobaczyły lekko
zdyszaną parę zbrojnych z otwartymi gębami. Jeden miał pikę i próbował nią
delikatnie dzgnąć Silver. Ta złapała ją za drzewce, wyjęła mu z rąk i walnęła
na odlew końcem drzewca w głowę. Potem unieruchomiła nogi drugiego, który
rzucił się do ucieczki. Przy tej okazji pika pękła, zmieniając się w długą pałkę.
Wywijając nią, Silver pognała w stronę pałacu.
Kin poszła w jej ślady.
* * *
Odnalazły Marca, kierując się w stronę najgłośniejszych wrzasków.
129
Na zamkowym podwórzu kłębił się tłum walczących, a w samym jego środku
był naturalnie Marco. Walczył równocześnie z pięcioma szermierzami i wygry-
wał. Jeden z obecnych, nie mogąc się dopchać, w pewnej chwili odwrócił się
i z desperacką odwagą zaatakował Silver. Ta wpierw mrugnęła zaskoczona, a po-
tem poczęstowała go takim prostym, że padł, nie wydawszy dzwięku.
Przez cały ten czas miecz śpiewał.
Kin słyszała ten zwrot wielokrotnie, traktując go jako figurę poetycką, ale ten
miecz naprawdę śpiewał: w dziwny elektroniczny sposób, podkreślany brzękiem
ścierających się głowni i wrzaskami rannych. Marco trzymał go w wyciągniętej
ręce, sprawiając wrażenie, jakby chciał znalezć się jak najdalej od niego, a miecz
zdawał się poruszać sam, ciągnąc jedynie jego ramię. Blok, cięcie, kolejny blok
innego ostrza, parada, sztych zakończony upadkiem przeciwnika. Zdawało się, że
ostrze przechodzi przez powietrze, lecz ono skakało od ciała do miecza przeciw-
nika, pobłyskując błękitnymi wyładowaniami.
Silver podeszła cicho do dwóch następnych zbrojnych i dwoma ciosami wy-
łączyła ich z walki. Trzech ostatnich przeciwników kunga nie mogło uciec, gdyż
miecz im na to nie pozwolił, ale problem ten został rozwiązany trzy ciosy i dwa
bloki pózniej.
Na dziedzińcu pozostali Marco, Silver, Kin i zabici. Marco zatoczył się i wy-
puścił z dłoni miecz, który Kin czym prędzej podniosła i obejrzała uważnie.
Ostrze powinno być zakrwawione. A było po prostu czarne, niczym dziura we
wszechświecie wiodąca gdzie indziej.
 To żyje  odezwał się ponuro Marco.  Wiem, że się będziesz wyśmie-
wać, ale. . .
 To zwyczajny miecz o powłoce antyciernej i elektronicznym ostrzu, dla
którego metal jest jedynie przewodnikiem  przerwała mu Kin.  Musiałeś wi-
dzieć podobne urządzenia, choćby noże rzeznickie.
Zapadła chwila wymownej ciszy.
 Naturalnie masz rację  przerwał ją Marco.
 No, to wynośmy się stąd!  poleciła Kin, zrobiła w tył zwrot i pobiegła ku
najbliższym schodom.
 A ty gdzie?  krzyknął za nią Marco.
 Znalezć gospodarza!  odkrzyknęła, dodała w myślach:  Przed tobą, bo
go od ręki zabijesz, a on jest naszą jedyną szansą .
Przebiegła przez korytarz i kolejne schody wyglądające znajomo, a potem ko-
lejny korytarzyk i dotarła do komnaty, w której spokojnie siedział Abu ibn Infra.
Siedział ze skrzyżowanymi nogami na latającym dywanie i przyglądał się wej-
ściu (czyli Kin) ponad złączonymi palcami. W pobliżu czekał Azrifel, poza tym
pomieszczenie było puste.
Abu ibn Infra wygłosił długie zdanie.
130
 Dlaczego Twoje Stworzenia Zaatakowały I Pozabijały Moich Ludzi? 
przetłumaczył Azrifel.
 Bo spodziewały się lepszego traktowania niż klatka.
 Dlaczego? Przybyłaś Z Miejsca Kłamców I Złodziei Z Parą Demonów Re-
negatów I. . .
 To nie są demony  przerwała mu ostro Kin.  To przedstawiciele inte-
ligentnych ras, odmiennych niż ludzie. Dobra, przejdzmy do rzeczy, a konkretnie
do latającego dywanu. . .
 To Są Demony.
Z przeciwległego kąta pokoju nagle powiało i Kin odwróciła się, akurat na
czas, by zobaczyć, jak materializują się tam dwie postaci wyglądające niczym
blizniaki Marca, choć poruszające się nieco dziwacznie. Tak, jakby ktoś wiedział,
jak wygląda kung, ale nie miał pojęcia o jego anatomii. Abu przywołał demony,
by sobie z nią poradziły, a ktoś gdzieś wewnątrz planety zauważył, że kung to
idealna forma wojownika.
Tylko że wprowadził bezsensowne poprawki. Kung do walki używał przeważ-
nie krótkiego miecza i niewielkiej tarczy siłowej, zostawiając sobie dwie ręce do
ulubionego duszenia. Te tutaj w każdej dłoni miały jakąś broń, każda inną. Jeden
miał nawet morgensterna zwanego czasem Gwiazdą Zaranną. Ogólnie sprawiały
wrażenie przerośniętych kosiarek do trawników.
Kin przyjrzała się parze pozbawionych wyrazu  by nie rzec martwych 
twarzy i zdecydowała, że nie będzie uciekać. Zbieganie po schodach przed nimi
nie miało szans powodzenia.
Zamiast tego trochę bezradnie uniosła miecz.
Coś drgnęło pod jej dłonią i nagle całe ramię ogarnął ból, od którego zaszcze-
kały zęby. Kungopodobne stwory skoczyły ku niej, a miecz ożył. Nagle wszystko
zaczęło się dziać niczym na zwolnionym filmie widzianym w różowej poświacie.
Oba demony biegły jak w gęstym kisielu i zupełnie bez dzwięku, a Kin poczuła
przyjemną nienawiść i z zainteresowaniem obserwowała poczynania miecza.
Ten bez oporu i trudu rozciął ostrze topora z trzymającym broń ramieniem
składającym się z szarego, pozbawionego kości i krwi ciała, i niejako mimocho- [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ocenkijessi.opx.pl
  • Copyright (c) 2009 - A co... - Ren zamyślił się na chwilę - a co jeśli lubię rzodkiewki? | Powered by Wordpress. Fresh News Theme by WooThemes - Premium Wordpress Themes.